Szybki bilans roku 2014

Zawsze i wszę­dzie chwa­li­łam się, jacy to u mnie wszy­scy są zdrowi, piękni i szczę­śliwi. Nie­stety, rok 2014, w naj­bliż­szej rodzi­nie (pod­kre­ślę: tylko w naj­bliż­szej) wyglą­dał następująco:

- Jedna osoba zmarła na raka trzustki (od dia­gnozy do śmierci minęło 6 miesięcy).

- Jedna osoba zmarła na wylew (zupeł­nie zdrowy, nic tego nie zapowiadało).

- Jedna osoba nagle zacho­ro­wała i musiała mieć dwa prze­szczepy szpiku (dwa, bo pierw­szy nie przy­jął się).

- Jedna osoba została zara­żona w szpi­talu opor­nymi bak­te­riami, na które nic nie działa.

- Jedna osoba dowie­działa się, że ma raka. Ope­ro­wali. Są powi­kła­nia pooperacyjne.

- Jedna osoba dowie­działa się, że ma raka, ale nie chce ope­ra­cji, bo boi się powi­kłań (ma tego samego raka, co ta osoba wymie­niona powy­żej, którą operowano).

- Jedna osoba miała zawał (kilka dni w szpi­talu na obser­wa­cji i jest ok).

Na powyż­szej liście jestem także ja.

Ja się domy­ślasz, mając przed oczami to wszystko, pisa­nie bloga o pro­duk­tyw­no­ści w 2014 roku było dla mnie chwi­lami trudne.

Oka­zuje się, że 90% rze­czy, które przez 30 lat życia wtła­czano mi do głowy, w tzw. prak­tyce życia nie ma żadnego zasto­so­wa­nia. Żadnego!

Oka­zuje się, że jedna roz­mowa z cho­rym czło­wie­kiem nauczy Cię wię­cej niż 150 ksią­żek o moty­wa­cji, w któ­rych z pre­me­dy­ta­cją pomija się nie­wy­godne wątki.

Esen­cję życia sta­nowi wła­śnie umie­jęt­ność mie­rze­nia się z tymi nie­wy­god­nymi wąt­kami, któ­rymi są: cho­roba, śmierć, cier­pie­nie, ból, bez­rad­ność. Zauważ, że jeśli już są te tematy podej­mo­wane to zdaw­kowo jako „Wylu­zuj, bo i tak nie masz na to wpływu”. I ten błąd popeł­nia­łam także ja.

W prak­tyce, pokaż mi kogoś, kto — wie­dząc, że nie ma wpływu na cho­robę swoją lub bli­skiej osoby — jakby nigdy nic powie:

Nie, no fak­tycz­nie masz rację, śmierć, cho­roba, prze­szczepy, ope­ra­cje, ból, patrze­nie na bli­skich albo doświad­cza­nie tego oso­bi­ście, no tak nie mam na to wpływu, więc nie będę się tym przejmował”.

Nie znam nikogo takiego.

Znam za to takich, któ­rzy świa­do­mie przy­glą­dają się eta­pom życia albo eta­pom w róż­nych sytu­acjach (swoją drogą, ja to odkry­łam na stu­diach, ale wtedy nie było mi to do niczego potrzebne aż do teraz). Z tego miej­sca dzię­kuję Oso­bie, która przy­po­mniała mi tę wie­dzę ze studiów.

Wpisz sobie w wyszu­ki­warkę coś w stylu: „Fazy/etapy wycho­dze­nia z” (wsta­wić cokol­wiek, np. cho­roba, depre­sja, żałoba, alko­ho­lizm, ner­wica). Tam opty­mi­stycz­nie dowia­du­jesz się, że pewne etapy trzeba po pro­stu przejść i na końcu zawsze wraca się do normalności.

Jeśli kie­dy­kol­wiek utkniesz w takim cięż­kim eta­pie, pamię­taj, że to tylko jeden z eta­pów. Że prę­dzej czy póź­niej wyj­dziesz z niego (choć w danym momen­cie trudno w to uwie­rzyć!), aby przejść do kolej­nego. A potem do kolej­nego. I znowu kolej­nego. I w któ­rymś momen­cie zaświeci słońce.

I tak to się kręci.

Wyrwane z kontekstu #40

Byłam dziś na masażu w przy­chodni, do któ­rej przy­cho­dzi star­sza pani mająca męża przy­ku­tego do łóżka i dwóch synów cho­rych na stward­nie­nie roz­siane. Robi zakupy i gotuje trzy różne posiłki, dla każ­dego coś innego, leczy się pań­stwowo, bo cią­gle bra­kuje pie­nię­dzy. Takie sytu­acje uczą pokory. Bo jakie ja mam prawo narze­kać? Pod salon masażu pod­jeż­dżam samo­cho­dem, płacę za ten masaż, uwa­ża­jąc, że mam ciężki dzień, bo Jasio ząbkował.

źródło: wywiad z Anną Przybylską

Między strefą komfortu a własnym Ja

Czy­tam sobie różne tek­sty i odno­szę wra­że­nie, że ludzie robią sobie krzywdę w podej­ściu do strefy kom­fortu. Wyru­szam więc z misją ratunkową.

Błąd polega na tym, że ludzie zmu­szają się do robie­nia cze­goś, czego tak naprawdę nie chcą, w imię rze­ko­mego wycho­dze­nia ze strefy kom­fortu, bo ktoś im powie­dział, że trzeba zmu­szać się i coś zmieniać.

Pro­szę sobie zapa­mię­tać raz na zawsze:

Wycho­dze­nie ze strefy ma miej­sce tylko wtedy, gdy Ty widzisz w czymś pro­blem i prze­szka­dza Ci ten stan rze­czy (np. chcesz cze­goś, ale się boisz).

W innym przy­padku robie­nie cze­goś to zwy­kłe zmu­sza­nie się i speł­nia­nie ocze­ki­wań innych na temat tego, jacy powin­ni­śmy być.

Jak wygląda wycho­dze­nie ze strefy komfortu?

Przy­kład: Bar­dzo lubię podróże, ale nigdy nie byłam w Afryce.

Jeśli chcia­ła­bym poje­chać do Afryki, ale boję się to jest to sie­dze­nie w swo­jej stre­fie kom­fortu, bo cze­goś chcę, ale nie robię z jakie­goś powodu. I poje­cha­nie tam będzie auten­tycz­nym wyj­ściem ze strefy komfortu.

Jeśli nie inte­re­suje mnie Afryka i nie cie­kawi mnie ten kawa­łek świata to jecha­nie tam jest zmu­sza­niem się do robie­nia cze­goś, co mnie kom­plet­nie nie inte­re­suje i nie ma nic wspól­nego z wycho­dze­niem ze strefy komfortu.

Tym­cza­sem, jeśli owa Afryka Cię nie inte­re­suje, usły­szysz:
– jedź, zobacz, na pewno Ci się spodoba,
– na pewno tego chcesz, ale się boisz,
– oj tam, jesz­cze nie wiesz, że tego chcesz,
– prze­cież każdy tam jeź­dzi i wszyst­kim się podoba,
– koniecz­nie tam jedź, bo to doświad­cze­nie Ci się w życiu przyda,
– musisz to zoba­czyć,
– nie wiesz, co dla Cie­bie dobre,
– nie inte­re­suje Cię to tzn. że jesteś nie­nor­malny, bo innych to interesuje.

I tak oto, Drogi Czy­tel­niku, inni wie­dzą lepiej od Cie­bie:
– czego chcesz,
– jaki powi­nie­neś być,
– gdzie powi­nie­neś być,
– co powi­nie­neś robić,
– co Ci się w życiu przyda,
– co jest Twoją strefą komfortu.

Nie chcesz cze­goś zro­bić? Nie inte­re­suje Cię dana rzecz? A może jesteś zado­wo­lony, z tego co masz i nie chcesz nic zmie­niać? Tak, to na pewno dla­tego że nie chcesz wyjść ze swo­jej strefy komfortu…

Pod­su­mo­wu­jąc

Wycho­dze­nie ze strefy ma miej­sce tylko wtedy, gdy Ty widzisz w czymś pro­blem i prze­szka­dza Ci ten stan rze­czy (np. chcesz cze­goś, ale się boisz).

W innym przy­padku robie­nie cze­goś to zwy­kłe zmu­sza­nie się i speł­nia­nie ocze­ki­wań innych na temat tego, jacy powin­ni­śmy być.